Był taki moment, kiedy moja firma miała około 70 000 zł miesięcznej sprzedaży na samych usługach. Brzmi nieźle. Tylko że ja byłem wtedy zarobiony praktycznie cały miesiąc — od rana do wieczora, dzień w dzień, siedem dni w tygodniu. Pamiętam, jak siedziałem i myślałem: jeżeli mam tyle tyrać, żeby tyle zarobić, to chyba mi się nie chce.
Jeśli prowadzisz firmę i masz wrażenie, że wszystko przechodzi przez Ciebie, ten tekst — i film poniżej — są właśnie dla Ciebie.
Najpierw zmiana w głowie
Zanim cokolwiek zbudowałem, przez lata pracowałem w systemach stworzonych przez innych. Byłem grafikiem komputerowym, pracowałem na infolinii, roznosiłem ulotki, pracowałem na halach produkcyjnych i na budowie. Wykonywałem cudze rzeczy w cudzym tempie.
Coś zaczęło się zmieniać dopiero wtedy, kiedy zmieniło się w mojej głowie. Uwierzyłem, że nie muszę wykonywać cudzych poleceń. A potem zrozumiałem drugą rzecz: najpierw trzeba wiedzieć, dokąd się płynie. Marynarz, który zna kierunek, dopłynie do celu. Ten, który go nie określi, może płynąć dokądkolwiek.
Określiłem więc, dokąd płynę, i zacząłem to zdobywać: sklepy internetowe, marki, serwisy edukacyjne, kolejne projekty. Od około 20 lat zajmuję się też fotografią i filmem, a dziś tworzę własne platformy i systemy. Wszystko rosło — aż doszedłem do tych 70 000 zł miesięcznie i kalendarza zapchanego od rana do wieczora.
„Zarabiać mniej, mieć więcej czasu” to też pułapka
Moja pierwsza myśl była prosta: wolę zarabiać mniej, ale mieć więcej czasu. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłem, że to też pułapka. Dlaczego w ogóle zakładać, że więcej pieniędzy musi oznaczać więcej pracy?
Kiedyś usłyszałem rozmowę z pewnym prezesem. Ktoś zapytał go, dlaczego pracuje tylko cztery godziny dziennie. Odpowiedział, że jeśli musi pracować dłużej, to znaczy, że coś jest źle poukładane. To zdanie siedzi mi w głowie do dzisiaj.
Firma jest trochę jak przepis na sernik. Można go dopracowywać: tu mniej cukru, tam dłużej w piekarniku — aż wychodzi taki, jak chcesz. Z pracą jest tak samo. Pewne rzeczy można oddać, inne zlecić, jeszcze inne zautomatyzować. I robić tę samą skalę, a nawet większą, mniejszym nakładem pracy.
Delegowanie nie działa, kiedy w środku siedzi Zosia Samosia
Żeby w ogóle zacząć delegować, najpierw musiało się zmienić coś we mnie. Pomysł „zdeleguj to” jest bardzo prosty. Ale jeśli w środku siedzi przekonanie „przecież sam zrobię najlepiej”, wszystko i tak do Ciebie wraca. Przekazujesz zadanie, a po chwili je odbierasz.
Skąd wzięła się u mnie praca z ludźmi
Lata temu bardzo poważnie zachorowała bliska mi osoba. Szukałem wszystkiego, co mogłoby w jakikolwiek sposób pomóc, i poznałem chyba wszystkie możliwe metody i techniki. To był moment, w którym zacząłem patrzeć na człowieka szerzej — nie tylko na to, co widać na powierzchni, ale na to, co dzieje się głębiej: w emocjach, przekonaniach, w tym, jak ktoś reaguje.
Najpierw przyszła praca z energią, potem z hipnozą i podświadomością. Od ponad ośmiu lat pracuję z ludźmi indywidualnie — mam za sobą około 1000 sesji i około 350 osób. Przez te lata zauważyłem jedno: im więcej przerobię w sobie, tym szybciej rozpoznaję te same mechanizmy u innych. Nie ma w tym nic magicznego. Często po krótkiej rozmowie widać, co kogoś trzyma — i nie trzeba rozkopywać całej historii życia.
Przykład: przyszedł do mnie agent nieruchomości, który sprzedawał średnio za około 3 000 zł miesięcznie i był z tego zadowolony. Przyjrzeliśmy się przekonaniom, które go blokowały, i nad nimi pracowaliśmy. Dziś rzadko schodzi poniżej 20 000 zł miesięcznie i jest jednym z liderów w swojej agencji. Zmiana przyszła w ciągu trzech do sześciu miesięcy. I od razu uczciwie: to nie ja zrobiłem jego wyniki. Robotę wykonał on. Ja pomogłem mu zobaczyć, co go trzyma. To jego historia, nie obietnica wyniku.
Od wglądu do działania
W pewnym momencie te dwie drogi — budowanie firm i praca z ludźmi — połączyły się w jeden sposób pracy. Prawie wszystko zaczyna się w głowie. Ale za każdą zmianą w głowie musi pójść działanie, a działanie trzeba poukładać: w procesy, w delegowanie, w automatyzację. Inaczej zmiana zostaje na poziomie fajnego wglądu.
Czasem problemem jest przekonanie, że wszystko musimy zrobić sami. Czasem wystarczy poukładać proces. Czasem obowiązków jest po prostu za dużo. A czasem wszystkiego jest trochę. Dlatego nie zaczynam od gotowej techniki, tylko od człowieka.
Sam testuję to na sobie. Prowadzę kilka projektów i jestem ojcem szóstki dzieci. W domu wisi piętnastocalowy tablet z zadaniami dla każdego dziecka. Czas jest dla mnie bardzo ważną walutą, dlatego codziennie sprawdzam, co naprawdę musi przejść przeze mnie, a co mogę oddać, uprościć, zdelegować albo zautomatyzować.
Jeśli widzisz w tej historii trochę siebie — kalendarz zapchany od rana do wieczora albo poczucie, że wszystko przechodzi przez Ciebie — umówmy się na bezpłatną, 15-minutową rozmowę. Sprawdzimy, czy mogę Ci pomóc i czy jest nam ze sobą po drodze.

